25.4.17

Jak (nie) wychować Master Chef'a czyli sezon na szpargały aka szparagi


Pytanie numer jeden: sezon na szparagi uważamy za otwarty, prawda? Pytanie numer dwa: czy jest tu ktoś, kto pamięta swoje pierwsz szparagi ever?

W moim domu rodzinnym szparagów nie jadało się, więc niestety nie mogę uraczyć Was tkliwymi wspomnieniami obiadków z tym warzywem w roli głównej. W sumie całkiem nieźle się złożyło, bo zapewne dziś miałabym szparagowy uraz, tak jak mam uraz kaszo-mannowy. A tak, urazu nie mam. Podobnie jak nie mam urazu szpinakowego/brukselkowego/brokułowego.

Generalnie, jeśli chodzi o warzywa, to jadaliśmy po prostu to, co rosło w naszym lub Dziadków ogródku. W związku z powyższym (o! i tu moge rozwinąć szkrzydła nostalgii) do dziś pamiętam smak młodziutkiej marchewki z grubsza oczyszczonej z piasku, chrupiącej kalarepy, słodziutkiej botwiny, kalafiora polanego masełkiem i bułką tartą, świeżo tartego chrzanu, który łzy z oczu wyciskał, twarożku z rzodkiewką ostrą, że aż gębę wykręcało, nie wspominając o szczawiu!

Jakoś tak wyszło, że nie było u nas miejsca na te mniej wyraziste warzywa. Szpinak? Brukselka? Brokuły? A co to? Zapytałabym wtedy, dziś zdecydowanie wchłaniam wszystkie.

Jeśli chodzi  o pytanie numer jeden to odpowiedź może być tylko jedna: tak, tak, tak! Z pytaniem numer dwa mogę mieć mały problem, bo daty i godziny mojego pierwszego szparaga nie pamiętam, ale pamiętam dokładnie, że tego nie planowałam. Planowałam za to na obiad fasolkę szparagową, za którą wszyscy przepadamy.

Posłałam więc naszą jedyną latorośl do pobliskiego sklepu. Był to może okres późna podstawówka/wczesne gimnazjum. Z czym wrócił do domu nie muszę chyba pisać :-) Albo napiszę. Wrócił z, cytat: "szpargałami". No, ale narzekać nie mogę. Był czas, żeby przywyknąć. W końcu kiedyś posłałam po pora, dostałam cebulkę dymkę. Całkiem niedawno (serio!) posłałm po mąkę ziemniaczaną. Jak przebiegła misja? Okazało się, że mąki tartej (sic!) nie było, więc jako zamiennik otrzymałam .... bułkę tartą. W sam raz do klusek śląskich, a jakże!

Broń Boże nie narzekam! To są mega zabawne sytuacje, które składają się na katalog naszych rodzinnych anegdot. Ot, takiego to anty master chef'a sobie wychowałam. Bo zamiast zachęcać do pichcenia pozwalałam, by biegał godzinami po podwórku uzbrojony po zęby w plastikowe karabiny. O zgrozo! Pozwalałam się chłopcu bawić w strzelanki. No i teraz mam dziecko w szkole wojskowej!

Bo zamiast obierać z mamusią ziemniaki, siedział godzinami zagrzebany w Lego technic. No i masz babo placek - będzie inżynier :-) Przyznam się Wam jeszcze do czegoś strasznego. Moje dziecko nie latało z jednych zajęć pozalekcyjnych na drugie. Nie miało czasu wypełnionego po brzegi. Jeśli chodził na jakieś zajęcia to tylko na takie, które sam sobie wybrał, i tak długo, jak sam tego chciał. Może trudno to sobie wyobrazić, ale moje dziecko miało prawo do.... nudzenia się. Co prawda, nigdy nie powiedział: "mamo, tato, nudzi mi się", ale gdyby tak było, to nie stawałabym na głowie, żeby zapewnić mu rozrywkę.

Nic nie zabija kreatywności bardziej, niż organizowanie dziecku czasu od rana do wieczora.

Nuda jest dobra! Szczególnie dla dzieci w wieku szkolnym i nieskromnie stwierdzę, że mam na to, dwudziestoletni już prawie, dowód. Trzy instrumenty, kilka dyscyplin sportowych, dwa języki, mega ścisły umysł, pasja fotograficzna i astronomiczna. Bo sekret polega w tym, by pokazać, w którą stronę patrzeć a nie co widzieć. O! Tak się wymądrzyłam!

A na deser mam dla Was moj sposób na szybkie danie kolacyjne bądź też dodatek do obiadu:

#zieloneszparagizapiekanezboczkiem



Co będzie potrzebne?
(dla dwóch osób)

porcja szparagów (14 szt)
4 plastry boczku
2 gałązki rozmarynu
łyżka masła
parmezan

Jak to robię?

Szparagi dokładnie myję. Odłamuję zdrewniałe końcówki. Związuję szparagi bawełnianą nitką i gotuję ("na stojąco") w osolonej wodzie przez ok.5 minut. Odcedzam, studzę. Dwa plasterki boczku układam "na zakładkę", żeby uzyskać dłuższy plaster. Owijam porcję szparagów (7 szt) boczkiem, dodaję gałązkę rozmarynu. Układam szparagi w naczyniu żarodopornym, posypuję parmezanem, dodaję masło. Zapiekam przez ok 20-25 min (do momentu aż boczuć będzie ładnie zrumieniony) w piekarniku nagrzanym do 180 st. Podaję ciepłe jako dodatek do obiadu lub z bagietką na kolację. Polewam kremowym octem balsamicznym. Pycha!!!!





A jaki jest Wasz ulubiony sposób na szparagi? Podzielcie się koniecznie przepisem!

A jeśli macie ochotę to podzielcie się również Waszym przepisem na mądre wychowywanie. Podyskutujmy i na ten temat!

Sto buziaków!!!

XOXO





PS - potrafi zagotować wodę, zrobić tosty i grzanki i kawę z ekspresu. Jest moc!

21.4.17

Kawior espresso {DIY} Red espresso dla Was {konkurs}

tutorial fotografia kulinarna

Och, jakie ja mam dla Was dzisiaj pyszne pyszności! Pyszne DIY z moim ulubionym efektem, czyli z efektem wow i pyszny konkurs. Już się nie mogę doczekać aż skończę pisać ten post i kliknę "opublikuj" waćpani! To co, zaczynamy?

#KawiorEspresso

Tak, tak, dobrze widzicie. Zrobiłam kawior. Z espresso. A ściślej - z red espresso. Co to takiego jest powiem Wam za minut kilka.

Generalnie rzecz biorąc to ja kawioru nienawidzę. Uważam, że jest mocno przereklamowany a ludzie zachwycają się nim tylko dlatego, że jest drogi i uważany za coś ekskluzywnego. Bullshit totalny. Ale to oczywiście moja subiektywna opinia, oprócz kawioru nie lubię mnóstwa innych rzeczy, którymi ludzie na całym świecie się zajadają, więc całkiem możliwe, że moje kubki smakowe są mało wyrafinowane? Prosta ze mnie kobieta jest i już. Ale za to nikt mi nie zarzuci braku miłości do kawy. Americano, espresso, capuccino, latte, affogato. Każda ilość o każdej porze. Plus wszystko o smaku kawy. Czekolada, ciasto, lody, kawior...

19.4.17

Element wspólny + bardzo kobiecy stojak na biżu {DIY}





Okres świąteczny ma to do siebie, że razem z tradycyjnym polskim biesiadowaniem graniczącym z obżarstwem dostajemy w pakiecie trochę wolnego czasu. Gdy człowiek nie musi iść do pracy, okazuje się, że tego czasu naprawdę jest sporo. Można i pójść na spacer, i posiedzieć przy stole, i obejrzeć film ( "Space between us" - polecam! ), tudzież nowy odcinek "Rolnik szuka żony" sezon 4. Można też w końcu zrobić to, na co za bardzo nie ma się czasu przy nieświątecznych okolicznościach przyrody. Posprzątać swoje miejsce pracy chociażby. Ogarnąć to i owo. Posegregować. Uładnić. Szczególnie uładnić, ale do tego wrócimy później.

14.4.17

Ucho. Zająca. Czyli muffiny wielkanocne. {ozdabiamy wypieki}


Ucho jest bezapelacyjnie najpopularniejszą obecnie częścią ciała. No kto o uchu nie słyszał? Umieszczam je więc ochoczo w tytule dzisiejszego posta, a nuż się poszczęści i moje statystyki poszybują w górę? Zamiast w dół. A nuż to całe SEO, w które nie mam czasu się zagłębiać a tym bardziej ochoty pisać pod jego (jej?) dyktando, zauważy jedno z najpopularniejszych słów na moim blogu właśnie? Spróbujcie może wpisać w wyszukiwarkę słowo "ucho". I co? Wyskoczył Wam w wynikach mój blog? Nie? Hmmmm...A wpiszcie "blogerka słynąca z hejtu, sarkazmu i ironii". 
I co? Jestem?

Ok, żarty na bok, bo ja tu z poważną misją jestem. Miałam nie zdążyć, ale zdążyłam. Nie mogłam, no po prostu nie mogłam zostawić Was tuż przed świętami bez pomysłu na wielkanocne muffiny. Edit: (zgodnie z trendami blogowymi): wiem, że czekaliście na ten post, pisaliście do mnie wiadomości, że nie wyobrażacie sobie by miało go nie być. I wiecie co? Wcale się Wam nie dziwię :-) Wszak staję na głowie aby rozbawić Was do łez, dobrych rad udzielić, polecić najlepsze produkty (tak, to te z postów sponsorowanych), zapodać jakieś fajne DIY albo przynajmniej sprawdzić, czy to, co pokazują na Pintereście rzeczywiście się sprawdza. I tak też jest z dzisiejszymi uszami. Veni vidi copi :-) Krótko mówiąc: to działa! Jak? Tradycyjnie już pokaże to Wam wersja animowana i króciutki opis "krok po kroku":

2.4.17

Brain food czyli jak przetrwać w wielkim mieście po czterdziestce{konkurs}



Kobieta. Rocznik '76. Znaczy zna już odpowiedź na pytanie: co się zmienia po czterdziestce. Mieszkanka dużego miasta. Znaczy wie jak w nim przetrwać. Czyżby? I w ogóle co ma piernik do wiatraka? Ma! Wszystko ma!

Oczywiście, że chciałabym powiedzieć tak: co się zmienia po czterdzistce? Nic, absolutnie nic. wszystko jest dokładnie tak, jak przedtem. Otóż bullshit moje drogie Panie. Oczywiście, że nie dzieje się to z dnia na dzień. Chociaż...wróć! Ależ owszem, że dzieje się! Wstajesz rano a tu długi siwy włos! Albo skóra pod oczami jakaś wygnieciona. A kiedyś przecież się tak nie gniotła! 

28.3.17

Kreatywnie ze Światem Lnu: koc + nosidełko {DIY}


W ramach kolejnego projektu, którego patronem jest Świat Lnu (poprzednie posty z tego cyklu znajdziecie tutaj i tutaj) zdradzę Wam dziś kilka moich tajemnic. Gotowi? Kolejność zupełnie randomowa. 

Zacznijmy może od tego, że starzeję się. Nie ma co dłużej tego ukrywać. Tak, to prawda, zmarszczki jakoś jeszcze się mnie nie imają, ale zaczynam mieć coraz wieksze upodobanie w rzeczach na wskroś klasycznych, solidnych, ponadczasowych. Złośliwi mogliby nawet powiedzieć, że zabiegam o rzeczy z metką, ale to zupełnie nie w tym rzecz. Mój kocyk na przykład nie ma żadnej metki, no chyba że made by me, a jest i klasyczny, i solidny, i ponadczasowy. Wszystko to oczywiście dzięki tej przepięknej lnianej tkaninie: mięsistej i cudownej w dotyku. Dokładnie to za mną chodziło! W ramach ciągot ku rzeczom klasycznym oczywiście. 


Dokładnie to chodził za mną pled. Pled w kratę. W kolorze nude. Z pomponikami. Bo to akurat jest kolejna tajemnica: mam bzika na punkcie pomponików. Przyszywam je gdzie tylko się da już od ładnych paru lat i wygląda na to, że to jakaś dłuższa infekcja.

21.3.17

Fatalne skutki braku witaminy D3. Podejście blogerskie. {DIY}




147 098 291 km od nas (w peryhelium) znajduje się źródło dobrego samopoczucia, energii, chęci do działania. Aktywator witaminy D3. A wiecie, że jest to jedyna witamina, którą organizm ludzki jest w stanie wytworzyć sam? Jest tylko jeden mały szkopuł. Potrzebne do tego jest Słonko! Ten aktywator właśnie!

A tak się już od jakiegoś czasu składa, że go po prostu nie ma. Odnoszę wrażenie, że wracając do Polski mileliśmy pasażera na gapę. Górską pogodę. Chmury, deszcz i mgły. I o ile tam raczej nie narzekałam, bo piękne widoki wędrujących mgieł po alpejskich górach rekompensowały wszelkie pogodowe niedogodności, to tutaj raczej nie potrafię znaleźć żadnej rekompensaty.

Może za mało się staram, może należy poszukać bardziej?

13.3.17

Cały ten mindfulness


Tak sobie myślę... szkoda, że ten cały mindfulness dopiero teraz stał się modny. Trochę za późno, jak dla mnie. Gdyby tak człowiek wcześniej wiedział, że trzeba żyć bardziej świadomie, zwracać większą uwagę, odnotowywać, to być może zauważyłby? Zauważyłby kiedy zatarły się te wszystkie granice, kiedy nowe, rzekomo lepsze, zastąpiło stare, czyli gorsze? 

6.3.17

Lepsze wrogiem dobrego czyli moje makijażowe przyjaźnie




Ilu przyjaciół potrzebujemy? Rzecz względna, zapewne. Ja akurat należę do tych, którzy potrzebują niewielu, za to sprawdzonych i solidnych. Wychodzę z założenia, że lepiej mieć 5 dwudziestogroszówek niż 100 groszówek. Właściwie łapię się na tym, że tę zasadę stosuję (a przynajmniej staram się) ogólnie w kwestii posiadania. Po co rozmieniać się na drobne? Lepiej mieć mniej a lepiej. No chyba, że chodzi o książki: tu lubię i dobrze i dużo. Bez ograniczeń. 

Po krótkim wstępie zapraszam zatem Was zatem, prawie premierowo na - uwaga, uwaga -post kosmetyczny. Prawie, bo jest to prawdopodobnie drugi, w mojej kilkuletniej błyskotliwej karierze blogerskiej, post o takiej tematyce.

Tym razem lekcje odrobiłam. Przejrzałam Pinterest i Instagram w poszukiwaniu "inspiracji" (po co wyłamywać drzwi już otwarte?), złapałam orient w trendach "fotografii kosmetycznej" i lifestyle'owej i oto prezentuję Wam moje wariacje w temacie.

Obowiązkowo tło "marmurowe" (w większości przypadków okelina marmur imitująca, jak się okazuje), jakiś rzucony szaliczek, kolorowy magazyn i tło dla flatlay'a gotowe. Dla niewtajemniczonych w insta kuluary szybciutko tłumaczę, że


23.2.17

Słoiki (warszawskie) czyli dressing z makiem



Siedzę sobie w naszym małym dining area w living room'ie i patrzę sobie na city, które akurat
 zostało pięknie podświetlone przez promienie wschodzącego słonka. I trochę mnie to odciąga 
od tego, co zamierzałam zrobić czyli od pisania posta. Bo bardzo ładny ten skyline poranny jest
i próbuję nacieszyć nim oko, wszak o tej porze to zazwyczaj tkwię już w traffic jam'ie w drodze 
do pracy. 

City wygląda też bardzo atrakcyjnie wieczorem, gdy już się ściemni, a na wszystkich 13 
skyscraper'ach (a raczej ich namiastkach), które widzę zabłysną światła. Zdradzę Wam małą 
tajemnicę: kupiliśmy nasze obecne mieszkanie właśnie dla tego widoku. Wiecie, człowiek 
z prowincji przyjechał, chciał się poczuć światowo. 

I choć teraz wiem, że bez wahania wybrałabym jednak widok na Alpy, którym mieliśmy 
szczęście cieszyć się przez trzy lata, to ten w sumie też daje radę :-)

No i patrzę tak sobie na ten view i tak sobie myślę jak wiele ludzi przyciągnął i omamił obietnicą 
lepszego życia, która w większości przypadków oznacza codzienne stanie w korkach, pracę po 10 
godzin dzienne, kredyt hipoteczny na 30 lat za 60 m mieszkanie w nowoczesnych gettach, 
zwanych apartamentami. 

Kusząca perspektywa, prawda? 

Setki tysięcy dało się skusić. W samym "Mordorze" pracuje ponad 100 tys. ludzi. 

8.2.17

Dekadenckie używki czyli jak pisać czekoladą i najlepszy smak cafelatte ever!


Po przeanalizowaniu i interpretacji definicji słowa "używki" stwierdzam krótko: posiadam bardzo 
szeroki wachlarz! Serio, jest z czego wybierać! Bo i książki, teatr, dobry film i ulubiona muzyka.

Są oczywiście i te przyjmowane drogą doustną: kawa, czekolada i wino. Dobre, rzecz jasna, muszą być 
dobre! Jeśli kawa, to tylko świeżo mielona, tuż przed zaparzeniem. Innej nie wypiję, ewentualnie ze 
wstrętem, byle tylko przyjąć dawkę kofeiny. Czekolada najchętniej gorzka z maksymalną ilością 
kakao. Wino... no, ok, przemilczmy temat, bo jest jeszcze za wcześnie :-) 

W zamian zdradzę Wam co, od jakiegoś już czasu, zawsze można u mnie w lodówce znaleźć.
I oczywiście dopisane już zostało do mojej listy używek.
Coś bardzo pysznego i do tego zdrowego. Na dodatek to jest słodkie! Proszę Państwa, informuję, 
że syrop klonowy podbił moje serce! I podniebienie! I żołądek! 

3.2.17

Wyjątkowo trudny zawód: blogerka + łapacz smogu DIY


Ta daam! I mamy nowy banerek! Nie pytajcie, który to już z kolei. Tak, wiem, to mega 
nieprofesjonalne, ale zdradzę Wam sekret. Guzik mnie to obchodzi :-) Zmieniam sobie banerek, bo:

primo: mam na to ochotę

secundo: wianuszków ostatnio tak się namnożyło, 
że musiałam po prostu wycofać się z tego tematu.

Po ponad czterech latach blogowanie poszłam też w końcu po rozum do głowy i od teraz nazwa 
bloga równa się adres bloga. Alleluja! Zatem All things pretty odchodzi na zasłużoną 
(albo i nie) emeryturę.

Na blogu pojawiać się będą małe zmiany, ale bardzo pomalutku. Tak mi się umyśliło, żeby było to 
miejsce, gdzie będziecie z chęcią wracać nie tylko popatrzeć na zdjęcia i poczytać naszpikowane 
ironią, niczym dobra kasza skwarkami, wywody. Chciałabym, abyście mogły znaleźć tutaj coś 
innego. Znacie mnie już trochę i wiecie, że reaguję mocno alergicznie na sytuacje typu "mają 
wszyscy mam i ja" i nie lubię ulegać masowym histeriom, bez względu na to, czego to dotyczy.
Tak już mam i nie mam zamiaru tego zmieniać, bo publika tego wymaga.

Jeśli i Ty nie chcesz być kserokopiarką - to miejsce jest dla Ciebie! Zapraszam gorąco!

27.1.17

Pamiątki z podróży. Chimney cake BIY.

chimney cake

Kanapka z łososiem na targu rybnym w Bergen (bagatela 50 NOK czyli 25 zyla). Wiadomo, 
smakować musi. Kanapka śledziowa w Kopenhadze. Najlepiej mi smakuje nasz "polski" 
śledzik. Kawior z tubki w Sztokholmie. Generalnie rzecz biorąc - fanką kawioru nie jestem. 
Uważam, że jest przereklamowany. Paella "na bogato" w Lizbonie. Pycha! Tapas 
w Barcelonie. Małe rozczarowanie. Fish and chips w Londynie. Yes yes yes! 

I mogłabym tak jeszcze długo, ale nie o to chodzi by wymieniać teraz wszystkie pozycje naszego 
podróżniczego menu. Chodzi o ten fakt, że podróże o idealna okazja do spróbowania lokalnej 
kuchni, nowych smaków, często dla nas obcych. Bo czyż nie jest tak, że tort Sachera smakuje 
najlepiej we Wiedniu a pizza gdzieś w małej pizzerii w Pizie? Ja uważam, że dokładnie tak jest! 

I nawet sam Hans Kloss miał podobne zdanie w tej kwestii :-)
Ale uprzedzam, jeśli chcecie sprawdzić, czy rzeczywiście najlepsze kasztany są na placu Pigalle 
możecie się mocno rozczarować. Ich brakiem.

18.1.17

Kreatywnie ze Światem Lnu - bezszyciowe ubranko na sztućce oraz wynikikonkursu!


Troszkę dziwnie się czuję, bo nie mam na dziś przygotowanej żadnej moralizatorskiej mowy
Nie będę się dziś buntować, dziwić ani naprawiać świata. Dziś będę tylko świat upiększać. 
Do spółki ze Światem Lnu w ramach naszego wspólnego cyklu Kreatywnie ze Światem Lnu
w którym pokazuję jak w prosty, ale ciekawy sposób wykorzystać tkaniny, szczególnie mój 
ukochany len. W pierwszym poście pokazałam Wam niezwykle praktyczną i, co najważniejsze, 
niezwykle łatwą do uszycia TORBĘ BENTO. Dziś pokażę mój sposób na pięknie 
wyeksponowane sztućce - lniane etui, które nie wymaga żadnych zdolności krawieckich.

Ale zanim to nastąpi muszę się Wam z czegoś wytłumaczyć i przeprosić. 
Jestem zdania, że media (w tym także blogi) powinny dbać o czystość naszej mowy ojczystej
która i tak ubożeje z dnia na dzień. Czasami odnoszę wrażenie, że zasób słownictwa przeciętnego 
Polaka ograniczył się do słów: masakra, lajkować i hejt. Ortografia już dawno odeszła 
w zapomnienie a za znaki przestankowe robią teraz przekleństwa.

 I choć uważam, że nie powinno się to zdarzyć to jednak w moim ostatnim poście pojawiło 
się brzydkie słowo. Wiecie, czasami człowiek musi, bo się udusi! Wedle porzekadła:
 "cel uświęca środki". Wyrwało się, i już! Bo ja to generalnie jestem człowiek, który brzydkich 
słów nie używa. I o ile mężczyźnie jeszcze jakoś to uchodzi to stanowczo twierdzę, 
że przeklinająca kobieta to zjawisko słabe. A przeklinająca blogerka tym bardziej. 

Zatem o wybaczenie się uprasza. Mea culpa. Obiecuję poprawę.

13.1.17

Najdroższe foremki świata, mistrzowie DIY i tiramisu spekulatius

food photography

Melting pot. Gdybym miała teraz opisać się w dwóch słowach to były by one właśnie takie: melting 
pot. Lata jednak robią swoje. Bagaż doświadczeń czterdziestu lat mały już nie jest a wszystkie nasze 
przeprowadzki, przede wszystkim ostatnie trzy lata spędzone w Bawarii, w środowisku bardzo 
międzynarodowym (ponad 30 narodowości!) nie pozostają bez znaczenia. 

Odciskają się wyjątkowo odczuwalnie na osobowości, postrzeganiu świata, stylu życia, sposobie 
myślenia, nawet na planach na przyszłość. Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi. Nie, nie będę teraz 
otwierać się publicznie i ogłaszać wszem i wobec co tam sobie knujemy, bo uważam, że o planach 
się nie mówi, tylko realizuje i zamierzam się tego trzymać.

Tak, zdecydowanie czuję się jak taki tygielek, w którym buzują wszystkie wspomnienia. Te zbierane
pieczołowicie, jak i te chwycone mimochodem. Nieświadomie, bo człowiek za młody, za głupi był
by wiedzieć, że to wszystko na twardym dysku się zapisuje. I teraz to wszystko miesza się ze sobą,
wypływa na wierzch sprowokowane jakimś impulsem. Tak jak wspomnienie amoniaczków, które
Babcia zawsze przed świętami piekła. Bo stało się tak, że trafiły w moje ręce te stare wykrawaczki
do ciastek. Leżały gdzieś zapomniane w czeluściach spiżarni. I dokładnie w chwili gdy wzięłam je
do ręki wróciło wszystko. Jasne jak słońce. Czyste i rześkie jak alpejskie powietrze.

6.1.17

Jak blogerki myją okna i super prezent dla Was



Kobieta-blogerka. Gatunek ewoluujący w stronę ekshibicjonizmu, zacierania granic pomiędzy tym, 
co można wywlec na widok publiczny a co raczej powinno zostać w domowych pieleszach. 
Z silną potrzebą udowodnienia światu, że jej życie wcale nie jest szare i zwykłe a rodzina trwa 
w nieustannym błogim lenistwie pod kocykiem, ubrawszy uprzednio ciepłe skarpety wycelowane 
w ciepło trzaskających polan w kominku. 

Gatunek ewoluuje szybko bo i warunki ku temu sprzyjające. Fejsy, instagramy, snapy czy inne 
wajny są w stanie błyskawicznie dać nam tak bardzo pożądane poczucie fejmu, uwielbienia 
i bycia zajefajną. 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...