25.4.17

Jak (nie) wychować Master Chef'a czyli sezon na szpargały aka szparagi


Pytanie numer jeden: sezon na szparagi uważamy za otwarty, prawda? Pytanie numer dwa: czy jest tu ktoś, kto pamięta swoje pierwsz szparagi ever?

W moim domu rodzinnym szparagów nie jadało się, więc niestety nie mogę uraczyć Was tkliwymi wspomnieniami obiadków z tym warzywem w roli głównej. W sumie całkiem nieźle się złożyło, bo zapewne dziś miałabym szparagowy uraz, tak jak mam uraz kaszo-mannowy. A tak, urazu nie mam. Podobnie jak nie mam urazu szpinakowego/brukselkowego/brokułowego.

Generalnie, jeśli chodzi o warzywa, to jadaliśmy po prostu to, co rosło w naszym lub Dziadków ogródku. W związku z powyższym (o! i tu moge rozwinąć szkrzydła nostalgii) do dziś pamiętam smak młodziutkiej marchewki z grubsza oczyszczonej z piasku, chrupiącej kalarepy, słodziutkiej botwiny, kalafiora polanego masełkiem i bułką tartą, świeżo tartego chrzanu, który łzy z oczu wyciskał, twarożku z rzodkiewką ostrą, że aż gębę wykręcało, nie wspominając o szczawiu!

Jakoś tak wyszło, że nie było u nas miejsca na te mniej wyraziste warzywa. Szpinak? Brukselka? Brokuły? A co to? Zapytałabym wtedy, dziś zdecydowanie wchłaniam wszystkie.

Jeśli chodzi  o pytanie numer jeden to odpowiedź może być tylko jedna: tak, tak, tak! Z pytaniem numer dwa mogę mieć mały problem, bo daty i godziny mojego pierwszego szparaga nie pamiętam, ale pamiętam dokładnie, że tego nie planowałam. Planowałam za to na obiad fasolkę szparagową, za którą wszyscy przepadamy.

Posłałam więc naszą jedyną latorośl do pobliskiego sklepu. Był to może okres późna podstawówka/wczesne gimnazjum. Z czym wrócił do domu nie muszę chyba pisać :-) Albo napiszę. Wrócił z, cytat: "szpargałami". No, ale narzekać nie mogę. Był czas, żeby przywyknąć. W końcu kiedyś posłałam po pora, dostałam cebulkę dymkę. Całkiem niedawno (serio!) posłałm po mąkę ziemniaczaną. Jak przebiegła misja? Okazało się, że mąki tartej (sic!) nie było, więc jako zamiennik otrzymałam .... bułkę tartą. W sam raz do klusek śląskich, a jakże!

Broń Boże nie narzekam! To są mega zabawne sytuacje, które składają się na katalog naszych rodzinnych anegdot. Ot, takiego to anty master chef'a sobie wychowałam. Bo zamiast zachęcać do pichcenia pozwalałam, by biegał godzinami po podwórku uzbrojony po zęby w plastikowe karabiny. O zgrozo! Pozwalałam się chłopcu bawić w strzelanki. No i teraz mam dziecko w szkole wojskowej!

Bo zamiast obierać z mamusią ziemniaki, siedział godzinami zagrzebany w Lego technic. No i masz babo placek - będzie inżynier :-) Przyznam się Wam jeszcze do czegoś strasznego. Moje dziecko nie latało z jednych zajęć pozalekcyjnych na drugie. Nie miało czasu wypełnionego po brzegi. Jeśli chodził na jakieś zajęcia to tylko na takie, które sam sobie wybrał, i tak długo, jak sam tego chciał. Może trudno to sobie wyobrazić, ale moje dziecko miało prawo do.... nudzenia się. Co prawda, nigdy nie powiedział: "mamo, tato, nudzi mi się", ale gdyby tak było, to nie stawałabym na głowie, żeby zapewnić mu rozrywkę.

Nic nie zabija kreatywności bardziej, niż organizowanie dziecku czasu od rana do wieczora.

Nuda jest dobra! Szczególnie dla dzieci w wieku szkolnym i nieskromnie stwierdzę, że mam na to, dwudziestoletni już prawie, dowód. Trzy instrumenty, kilka dyscyplin sportowych, dwa języki, mega ścisły umysł, pasja fotograficzna i astronomiczna. Bo sekret polega w tym, by pokazać, w którą stronę patrzeć a nie co widzieć. O! Tak się wymądrzyłam!

A na deser mam dla Was moj sposób na szybkie danie kolacyjne bądź też dodatek do obiadu:

#zieloneszparagizapiekanezboczkiem



Co będzie potrzebne?
(dla dwóch osób)

porcja szparagów (14 szt)
4 plastry boczku
2 gałązki rozmarynu
łyżka masła
parmezan

Jak to robię?

Szparagi dokładnie myję. Odłamuję zdrewniałe końcówki. Związuję szparagi bawełnianą nitką i gotuję ("na stojąco") w osolonej wodzie przez ok.5 minut. Odcedzam, studzę. Dwa plasterki boczku układam "na zakładkę", żeby uzyskać dłuższy plaster. Owijam porcję szparagów (7 szt) boczkiem, dodaję gałązkę rozmarynu. Układam szparagi w naczyniu żarodopornym, posypuję parmezanem, dodaję masło. Zapiekam przez ok 20-25 min (do momentu aż boczuć będzie ładnie zrumieniony) w piekarniku nagrzanym do 180 st. Podaję ciepłe jako dodatek do obiadu lub z bagietką na kolację. Polewam kremowym octem balsamicznym. Pycha!!!!





A jaki jest Wasz ulubiony sposób na szparagi? Podzielcie się koniecznie przepisem!

A jeśli macie ochotę to podzielcie się również Waszym przepisem na mądre wychowywanie. Podyskutujmy i na ten temat!

Sto buziaków!!!

XOXO





PS - potrafi zagotować wodę, zrobić tosty i grzanki i kawę z ekspresu. Jest moc!

21.4.17

Kawior espresso {DIY} Red espresso dla Was {konkurs}

tutorial fotografia kulinarna

Och, jakie ja mam dla Was dzisiaj pyszne pyszności! Pyszne DIY z moim ulubionym efektem, czyli z efektem wow i pyszny konkurs. Już się nie mogę doczekać aż skończę pisać ten post i kliknę "opublikuj" waćpani! To co, zaczynamy?

#KawiorEspresso

Tak, tak, dobrze widzicie. Zrobiłam kawior. Z espresso. A ściślej - z red espresso. Co to takiego jest powiem Wam za minut kilka.

Generalnie rzecz biorąc to ja kawioru nienawidzę. Uważam, że jest mocno przereklamowany a ludzie zachwycają się nim tylko dlatego, że jest drogi i uważany za coś ekskluzywnego. Bullshit totalny. Ale to oczywiście moja subiektywna opinia, oprócz kawioru nie lubię mnóstwa innych rzeczy, którymi ludzie na całym świecie się zajadają, więc całkiem możliwe, że moje kubki smakowe są mało wyrafinowane? Prosta ze mnie kobieta jest i już. Ale za to nikt mi nie zarzuci braku miłości do kawy. Americano, espresso, capuccino, latte, affogato. Każda ilość o każdej porze. Plus wszystko o smaku kawy. Czekolada, ciasto, lody, kawior...

19.4.17

Element wspólny + bardzo kobiecy stojak na biżu {DIY}





Okres świąteczny ma to do siebie, że razem z tradycyjnym polskim biesiadowaniem graniczącym z obżarstwem dostajemy w pakiecie trochę wolnego czasu. Gdy człowiek nie musi iść do pracy, okazuje się, że tego czasu naprawdę jest sporo. Można i pójść na spacer, i posiedzieć przy stole, i obejrzeć film ( "Space between us" - polecam! ), tudzież nowy odcinek "Rolnik szuka żony" sezon 4. Można też w końcu zrobić to, na co za bardzo nie ma się czasu przy nieświątecznych okolicznościach przyrody. Posprzątać swoje miejsce pracy chociażby. Ogarnąć to i owo. Posegregować. Uładnić. Szczególnie uładnić, ale do tego wrócimy później.

14.4.17

Ucho. Zająca. Czyli muffiny wielkanocne. {ozdabiamy wypieki}


Ucho jest bezapelacyjnie najpopularniejszą obecnie częścią ciała. No kto o uchu nie słyszał? Umieszczam je więc ochoczo w tytule dzisiejszego posta, a nuż się poszczęści i moje statystyki poszybują w górę? Zamiast w dół. A nuż to całe SEO, w które nie mam czasu się zagłębiać a tym bardziej ochoty pisać pod jego (jej?) dyktando, zauważy jedno z najpopularniejszych słów na moim blogu właśnie? Spróbujcie może wpisać w wyszukiwarkę słowo "ucho". I co? Wyskoczył Wam w wynikach mój blog? Nie? Hmmmm...A wpiszcie "blogerka słynąca z hejtu, sarkazmu i ironii". 
I co? Jestem?

Ok, żarty na bok, bo ja tu z poważną misją jestem. Miałam nie zdążyć, ale zdążyłam. Nie mogłam, no po prostu nie mogłam zostawić Was tuż przed świętami bez pomysłu na wielkanocne muffiny. Edit: (zgodnie z trendami blogowymi): wiem, że czekaliście na ten post, pisaliście do mnie wiadomości, że nie wyobrażacie sobie by miało go nie być. I wiecie co? Wcale się Wam nie dziwię :-) Wszak staję na głowie aby rozbawić Was do łez, dobrych rad udzielić, polecić najlepsze produkty (tak, to te z postów sponsorowanych), zapodać jakieś fajne DIY albo przynajmniej sprawdzić, czy to, co pokazują na Pintereście rzeczywiście się sprawdza. I tak też jest z dzisiejszymi uszami. Veni vidi copi :-) Krótko mówiąc: to działa! Jak? Tradycyjnie już pokaże to Wam wersja animowana i króciutki opis "krok po kroku":

2.4.17

Brain food czyli jak przetrwać w wielkim mieście po czterdziestce{konkurs}



Kobieta. Rocznik '76. Znaczy zna już odpowiedź na pytanie: co się zmienia po czterdziestce. Mieszkanka dużego miasta. Znaczy wie jak w nim przetrwać. Czyżby? I w ogóle co ma piernik do wiatraka? Ma! Wszystko ma!

Oczywiście, że chciałabym powiedzieć tak: co się zmienia po czterdzistce? Nic, absolutnie nic. wszystko jest dokładnie tak, jak przedtem. Otóż bullshit moje drogie Panie. Oczywiście, że nie dzieje się to z dnia na dzień. Chociaż...wróć! Ależ owszem, że dzieje się! Wstajesz rano a tu długi siwy włos! Albo skóra pod oczami jakaś wygnieciona. A kiedyś przecież się tak nie gniotła! 

28.3.17

Kreatywnie ze Światem Lnu: koc + nosidełko {DIY}


W ramach kolejnego projektu, którego patronem jest Świat Lnu (poprzednie posty z tego cyklu znajdziecie tutaj i tutaj) zdradzę Wam dziś kilka moich tajemnic. Gotowi? Kolejność zupełnie randomowa. 

Zacznijmy może od tego, że starzeję się. Nie ma co dłużej tego ukrywać. Tak, to prawda, zmarszczki jakoś jeszcze się mnie nie imają, ale zaczynam mieć coraz wieksze upodobanie w rzeczach na wskroś klasycznych, solidnych, ponadczasowych. Złośliwi mogliby nawet powiedzieć, że zabiegam o rzeczy z metką, ale to zupełnie nie w tym rzecz. Mój kocyk na przykład nie ma żadnej metki, no chyba że made by me, a jest i klasyczny, i solidny, i ponadczasowy. Wszystko to oczywiście dzięki tej przepięknej lnianej tkaninie: mięsistej i cudownej w dotyku. Dokładnie to za mną chodziło! W ramach ciągot ku rzeczom klasycznym oczywiście. 


Dokładnie to chodził za mną pled. Pled w kratę. W kolorze nude. Z pomponikami. Bo to akurat jest kolejna tajemnica: mam bzika na punkcie pomponików. Przyszywam je gdzie tylko się da już od ładnych paru lat i wygląda na to, że to jakaś dłuższa infekcja.

21.3.17

Fatalne skutki braku witaminy D3. Podejście blogerskie. {DIY}




147 098 291 km od nas (w peryhelium) znajduje się źródło dobrego samopoczucia, energii, chęci do działania. Aktywator witaminy D3. A wiecie, że jest to jedyna witamina, którą organizm ludzki jest w stanie wytworzyć sam? Jest tylko jeden mały szkopuł. Potrzebne do tego jest Słonko! Ten aktywator właśnie!

A tak się już od jakiegoś czasu składa, że go po prostu nie ma. Odnoszę wrażenie, że wracając do Polski mileliśmy pasażera na gapę. Górską pogodę. Chmury, deszcz i mgły. I o ile tam raczej nie narzekałam, bo piękne widoki wędrujących mgieł po alpejskich górach rekompensowały wszelkie pogodowe niedogodności, to tutaj raczej nie potrafię znaleźć żadnej rekompensaty.

Może za mało się staram, może należy poszukać bardziej?

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...